Ludzie w Lidlu – czyli krwawa jatka na promocji

lidl-krwawa-jatka

Dziś do Lidla rzucili zimowe ubrania dla dzieci. Żona jeszcze wczoraj wieczorem przypomniała mi, że mam pojechać z samego rana, jak tylko otworzą. Tak zrobiłem. Zapakowałem d*pę do samochodu i ruszyłem w stronę najbliższej placówki.

Przyznam, że trochę się zdziwiłem, kiedy o godzinie 7:50 zobaczyłem parking zawalony prawie do ostatniego miejsca. W końcu dzień roboczy i te wszystkie ch*je powinny teraz kwitnąć w korku. Akurat jakiś koleś wyjechał, więc zwolniło się jedno. Kiedy wjeżdżałem, we wstecznym lusterku zobaczyłem kawalkadę aut. Założę się, że kierowcy wku*wiali się na mnie, gdy widzieli, że zajmuję ostatni kawałek betonu na parkingu. Trudno.

Miałem kupić niebieską kurtkę narciarską, rozmiar 98-104 i takież spodnie. Ch*j, że moje dziecko nie jeździ na nartach. Ciuchy z Lidla są ok. Tanie i dobre. Frajer by nie brał. Pomyślałem, że przy okazji kupię parę innych rzeczy. Bułki, coś na kanapki, może coś na obiad, bo ile razy można żreć kurczaka w cieście od Chińczyka. Nawet dziecku już przestaje smakować, aż zaczyna samo jeść w przedszkolu to, co mu tam podają, a w domu wybrzydza. Wyjąłem z kieszeni 5 złotych, wypiąłem wózek i wszedłem.

A tam – jak to w Lidlu, gdy rzucą ubrania. Nawet w lochach Inkwizycji panował lepszy klimat.

comment_pnq33tcu936wsg1e63iiwm2ot2p93pxa

Pewnie oglądaliście kiedyś jakiś film przyrodniczy. Nie mówię o pornosach, bo to wiem, że każdy oglądał, ale taki wiecie, przyrodniczy przyrodniczy. O Afryce na przykład. Jak lwice gonią antylopę. Antylopa spie*dala, ale lwicom udaje się w końcu ją złapać. Poważny głos lektora informuje, że oto mamy do czynienia z odwiecznym misterium przyrody, że najsłabsze osobniki, że selekcja naturalna i takie tam pierdololo. Tak sobie mówi i mówi, a lwy w tle ochoczo zżerają jeszcze ciepłe mięsko.

Po co to mówię? Bo, wiecie, ciuchy z Lidla na stoiskach po przejściu stada bab wyglądają jak antylopy po spotkaniu ze stadem wygłodniałych lwic. Wybebeszone z opakowań, wymięte, czasami rozprute. Gdyby mogły krwawić, to wszyscy ślizgaliby się w jusze krzepnącej na posadzce.

Pamiętam, że kiedyś jakaś baba mierzyła przy mnie koszulę. Rozerwała paczkę, nie rozkleiła, tylko rozerwała, jak furiat paczkę chipsów, i zaczęła się rozbierać. Staram się być wyrozumiały wobec tego bydła, które zasiedla planetę Ziemię, ale do ku*wy nędzy, są granice, bliższy kontakt wodą i mydłem jeszcze nikogo nie uśmiercił. Czemu ludzie lubią, jak od nich je*ie? Myślą, że to fajnie, jak spod pach zapie*dala ubitym kurakiem trzymanym na słońcu w foliowym worku? Czemu spośród różnych zapachów, które można roztaczać, tylko smród nie wychodzi z mody?

smierdzaca-baba

Więc mówię do niej, może się pani tak ubierze, to nie jest przymierzalnia. A poza tym, jak wciśnie pani tę koszulę na swoje niedomyte salcesony, a koszula będzie za mała, to co sobie myśli, że co? Że ktoś to potem później kupi? Wpie*doli pani do kosza z powrotem i ch*j, rozpruje następną paczkę. A potem jeszcze jedną, i jeszcze jedną, bo okaże się, że jak koszula jest kroju slim, to trudno ją ku*wa wcisnąć na brzuch większy niż opona samochodu ciężarowego. Ku*wa, nie ma nic złego w byciu grubym, ale w byciu samolubnym kretynem już jak najbardziej. Ludzie nie będą mogli kupić koszul, a sklep nie będzie mógł ich sprzedać, póki ich nie wypierze, nie zdezynfekuje i nie odeśle do producenta, żeby znowu je zapakował. Tak samo z butami robią. Na gołe stopy mierzą, a tam grzybica i miesięczny brud. Albo na skarpety noszone od tygodnia. Ponarzekałem jeszcze chwilę, ale babsko udało, że mnie nie słyszy, więc machnąłem ręką i oddaliłem się.

A teraz znowu.

Podszedłem na stoisko z ubrankami dziecięcymi. Wielka kotłowanina kolorów i materiałów, tylko trudno w niej coś znaleźć, skoro większości ubranek te ku*wie ludzie rozerwali opakowania, na których oznaczono rozmiary. Dopchałem się w końcu. Na dnie pojemnika ostatnie całe egzemplarze. Za duże. Za małe. Ani jednej 98-104 w niebieskim. Ku*wa. W ogóle ani jednej w niebieskim i ani jednej 98-104. Sprawdzam spodenki obok, przekopawszy się przez warstwę rozwalonych ubranek. To samo. Nie te kolory i nie te rozmiary. No to ch*j – myślę sobie – wygląda na to, że nawet dla dziecka cholernej kurtki z Lidla nie potrafię zdobyć.

lidl-bitwa-o-torby-wittchen


Wyprostowałem się, zapierając się nogami, bo już czułem, że ludzie za mną chcą mnie wypchnąć sprzed kosza. O ch*j, moje drogie kapuśniaki, ch*j wam w oko. Rozejrzałem się. I zauważyłem, że babsztyl stojący obok mnie trzyma pod pachą nową, zapakowaną kurtkę narciarską. 98-104, niebieską. A pod drugą pachą trzy następne.

O ty ku*wo” – myślę sobie – „na co ci te kurtki? Odsprzedajesz je potem na jakimś targu, czy masz w domu cztery bachory w tym samym rozmiarze?” Pytam ją, na co jej tyle tych kurtek, a ona nic. Mówię, że może odłożyłaby jedną, bo inni też chcieliby kupić, a ona nic. Z kurtkami wpie*dolonymi pod pachy grzebie w koszu. Sprytne babsko, rozumna bestia. Wie, że gdyby włożyła kurtki do wózka, zaraz by ktoś sobie zabrał. Więc nie namyślając się wiele, sięgam po jedną kurtkę mówiąc „weź to oddaj, na ch*j ci tyle!”. Jak siedziała cicho i udawała, że nie słyszy, tak teraz we wrzask: „zostaw, sku*wysynu, nie twoje!” A ja na to „oddaj ku*wo jedną, dla dziecka mi trzeba” i szarpię. Chwyciła drugą dłonią, ale w tym momencie pozostałe paczki wyślizgnęły się jej spod pachy i spadły na posadzkę. Ludzie skupieni wokół rzucili się na nie, jak zombie na kalekę, który nie da rady uciec. Baba zobaczywszy to zawyła, ale szybo oceniła sytuację, że trzeba ze zdobyczy ratować co się da. Silna jędza była, nie powiem, szarpała, a ja do niej mówię „nie szarp tak małpo je*ana, bo rozerwiesz!”, ale ona oczy wytrzeszczone, jęzor wywalony, włosy nastroszone i wrzeszczy „nie oddam, nie oddam, moje, MOJE, PUSZCZAJ!”.

Poczułem, że mi się wyślizguje, że mój chwyt nie jest tak pewny, że nie ma w nim na tyle determinacji co babsko, co wolałoby ubranie zniszczyć niż odpuścić. Trzymając resztką sił prawą ręką, szarpiąc w swoją stronę, lewą sięgnąłem do kieszeni kurtki, w której miałem ołówek z Ikei. Rzadko kiedy kupuję coś w Ikei, czasami jeździmy tam na obiad w niedzielę, na klopsiki, ale ołówek zawsze wezmę. Nawet kilka. Przydają się. Wyciągnąłem ten ołówek i jak stałem, tak babę je*łem tym ołówkiem w oko. „Aaaa!” – zawyła, puściła kurtkę i chwyciła za oczodół. Spomiędzy palców sterczał teraz krótki, jasnobrązowy kawałek drewna szybko nasiąkający krwią.


Zrobiło się zbiegowisko, ludzie zaczęli coś krzyczeć, komuś podniesiona z ziemi kurtka wypadła z rąk, to ktoś inny próbował ją zdobyć dla siebie, baba się z wrzaskiem zatoczyła, usiłując wyrwać ołówek ze łba. Po twarzy płynęła jej krew, zaczynała kapać na posadzkę. Przewróciła się na stoisko z pidżamami, ktoś zawył, żeby spie*dalała, bo pobrudzi i zepchnął ją z kosza nim zdążyła do niego wpaść i narobić większych szkód. Upadła na ziemię i zaczęło ją telepać, krew szybko rozlewała się wokół głowy, ktoś się poślizgnął i upadł obok, a ludzie, nie wiedząc co się dzieje, zaczęli znów napie*dalać się między sobą o ubranka. Przestali zwracać na mnie uwagę. A ja trzymałem w rękach upragnioną kurtkę dla dzieciaka.

Jeszcze spodnie” – pomyślałem. Chyłkiem wymknąłem się ze zbiegowiska i zacząłem się rozglądać po sklepie. Zorientowałem się, że ktoś podprowadził mój wózek, w którym miałem piątaka. Nic to. Bez wózka nawet lżej. Przy stoisku z ubrankami dziecięcymi toczyła się już regularna wojna wszystkich przeciwko wszystkim. Obsługa patrzyła na to z jednoczesnym politowaniem i wku*wem, bo przecież ktoś będzie musiał posprzątać ten bałagan.

lidl-wojownik
Zobaczyłem je w wózku jakiejś babki, która grzebała w zamrażarce. Zanurzona do pasa w miejscu, gdzie zawsze leżały warzywa na patelnię, nierozważnie spuściła wózek z oka. 98-104, niebieskie narciarskie. Dobrze, że była samotna. Gdy na zakupy przyjeżdżają pary, to jest trudniej. Facetom włącza się agresor, poza tym wtedy jest dwa na jednego, baba się najwyżej rozkrzyczy, a facet to przez sklep pobiegnie, wyrwie i jeszcze wpie*dol będzie chciał spuścić.

Przez chwilę rozważałem, czy wepchnąć babkę do zamrażarki, zasunąć pokrywę i uciec, czy załatwić sprawę po cichu. Zdecydowałem, że to drugie. Dyskretnie wyjąłem paczkę, zmyślnie ukrytą pod dwoma butelkami wody Saguaro, stekiem wołowym BeefMaster i paczką wędlin Pikok. Nie usłyszała. Powoli, na palcach, zacząłem iść w stronę kas. Z wolna się uspokajałem.

Szanowni klienci, za chwilę otworzymy dla państwa kasę numer trzy.

Stanąłem przy nieczynnej jeszcze kasie, niecierpliwie oczekując pojawienia się pracownika. Za mną szybko spęczniała kolejka. Ludzie wykładali na taśmę wody, wędliny, ubranka, karmę dla zwierząt, napoje, warzywa. W końcu z zaplecza wyszedł kasjer. Nasłuchiwałem i bacznie przyglądałem się ruchowi na sklepie. W końcu kasa została otwarta, a ja, jako pierwszy klient miałem tylko dwie paczki. Inni, widząc to, pewnie się cieszyli. W chwili, gdy wyświetlacz czytnika kart zasygnalizował, że transakcja przebiegła pomyślnie, z głębi sklepu dobiegł mnie przenikliwy, wściekły wrzask:
Oddaj spodnie mojego dziecka, ty sku*wysynu złodzieju!

Jaki złodziej. Przecież kupiłem. Na szczęście chowałem już w kieszeni paragon, szybko biegnąc do wyjścia.

To był dobry dzień.

 

Cytowany tekst autorstwa Wojtka Gunii

 

Add a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*